Rozdział XI
Jego rodzinna wieś nie zmieniła się przez te dwadzieścia lat. Spojrzał na towarzyszącego mu starca. Rughalt uparł się, że będzie mu towarzyszył. Od śmierci Korina nie miał przyjaciół, a jednyną osobą z którą normalnie rozmawiał był Mori. Reszta mieszkańców traktowała dziadka jako rąbniętego i nierzywidywalnego wariata, który utrzymywał, że widział smoki. Ludzie na ogół pukali sie w głowy, gdy słyszeli tekie rewelacje. Ale to początkowo nie zniechęcało staruszka, dopiero potem, gdy zauważył, że jest wykluczony ze środowiska stał sie zgorzkniały i na nowo rządny przygód. Dlatego nowinę o wyprawie swojego podopiecznego potraktował jako zew łowcy smoków. Chciał po raz ostatni zobaczyć to majesteyczne zwierzę.
Gdy tak stali na wzgórzu poprzedzającym wioskę, mężczyznę nagle przeżył wstrząs.
- Tam, Mistrzu, czy Ty też widzisz tych starych ludzi, siedzących pod chałupą i karmiących drób? Proszę Cię, powiedz, że Ty też to widzisz… -wzruszenie prawie odebrał mu mowę.
- No widzę ich, i co? – wzruszył ramionami jego towarzysz. Zdziwił sie trochę. Ludzie, jak ludzie. Żadnych nowości, żadnych dziwactw. Ot, zwykli mieszkańcy zwykłej wsi. Do tego wcale nie najbogatsi.
- Poczekaj na mnie, to zajmnie mi chwilę.
Mori wszedł do wioski. Niewiele sie tu zmnieniło, takie same budynki, jakie pamiętał, ludzie tylko starsi o te dwadzieścia lat. Wszedł w znajomą zagrodę. Rozejrzał się za psem. Nigdzie nie było go widać. “Pewnie zdechł, w końcu bardzo dawno tu nie zaglądałem” stwierdził. Podszedł do ludzi siedzących przed chałupą.
- Kim jesteś Panie? – zapytała kobieta. Była sucha i wiotka, cięzka praca wyniszczyła jej twarz, która mimo wszystko zachowała przyjazny uśmiech dla każdego – przypominasz mi kogoś, ale nie mogę sobie przypomnieć kogo… – zawiesiła głos. Mężczyzna siedzący obok niej nie zaszczycił przybysza najmniejszym spojrzeniem. Cały czas siedział wyprostowany, a jego wzrok utkwiony był w lesie.
- Nie przejmuj się moim mężem Panie. Siedzi tak odkąd straciliśmy syna w czasie bitwy łowców ze smokiem w naszej wiosce. Wiem, że to brzmi niewiarygodnie, ale na prawdę na własne oczy widziałam gada plującego ogniem, podobnie jak większość wsi. Traf chciał, że rzygnął ogniem w naszą chałupę, gdzie spał nasz synek… – oczy kobiety zaszyły sie mgłą. Pojedyńcza łza spłyneła jej po poilczku – wypłakałam oczy. Najpierw straciłam pierworodnego na polowaniu, a potem drugiego w pożarze. Proszę miej litość nad starymi ludźmi.
- Tak, Geddy zginął, ale prawdopodobnie było to dzieło tego samego smoka, który podpalił waszą chałupę… -zaczął Mori, ale kobieta mu przerwała.
- Znałeś mojego syna Panie? Cóż to za radość. A mogę wiedzieć jak się poznaliście?
- Zasadniczo mamo, wychowałem się razem z nim. – odpowiedział, po czym dodał – jam jest Wasz syn, Annemori. Przez te dwadzieścia lat sądziłem, że nie żyjecie, a teraz… – łzy popłynęły nie tylko po jego policzku. Dotychczas milczący mężczyzna zalał się łzami i rzucił się na szyję syna.
- Dziecko moje, Ty żyjesz… – chrapliwe słowa wyrażały całą gamę uczuć. Teraz już i jego matka przytulała się do swojego dziecka.Ponad głowami starych rodziców mężczyzna dostrzegł ciemną, podłużną sylwetkę smoka, unoszącą sie nad lasem. “Dopadnę Cię kiedyś gadzie. Ale teraz będę się cieszył odzyskaną rodziną”.